Słowo na niedzielę 

Gdy Jezus rozsyłał Apostołów, aby głosili Dobrą Nowinę, dał im nie tylko praktyczne rady, jak mają to robić, ale także lojalnie ich uprzedził o trudnościach, które ich czekają. Taki jest właśnie koszt ewangelizacji i wiary – prześladowanie ze strony świata.

Chyba dobrze wiemy na czym to polega, a kto zdobył się kiedyś na odwagę przyznania się do Chrystusa, doświadczył zapewne na własnej skórze drwiących uśmieszków czy jawnej wrogości. Jednakże w takich sytuacjach nie dajmy się zwieść tym negatywnym pozorom: często jest to tylko zakamuflowany objaw szukania Boga.

Jeden z najważniejszych dokumentów Kościoła – „O ewangelizacji w świecie współczesnym” mówi: „Świat, który pomimo niezliczonych znaków zaprzeczenia Boga, jednak – co jest paradoksem – szuka Go po drogach nieoczekiwanych i boleśnie odczuwa Jego potrzebę, żąda głosicieli Ewangelii, którzy by mówili o Bogu znanym sobie i bliskim, jakby Go niewidzialnego widzieli.(...) Bez oznak świętości i świadectwa życia, nasza mowa z trudem przeniknie do serca współczesnych ludzi: zostanie poddana krytyce i stanie się czcza i daremna”. A więc to „prześladowanie” jest często tylko pewną prowokacją, wystawieniem na próbę, sprawdzeniem autentyczności naszego przepowiadania i wiary. I słusznie, bo jakże często nasza rzekoma wiara okazuje się zaledwie dewocją bądź świętoszkowatością.

Wobec tej próby ze strony świata, Jezus każe nam zachować spokój i cierpliwość. I przede wszystkim wierność prawdzie. Albowiem prawda zawsze – prędzej czy później, zwycięży i wyjdzie na jaw. Dlatego prawdy nie wolno się wstydzić ani bać. Trzeba szukać sposobów, aby ją głosić. Pierwszym i najważniejszym sposobem jest odważne przyznawanie się do tej prawdy – słowem i życiem – w osobistym kontakcie człowieka z człowiekiem. Nie ma skuteczniejszej metody ewangelizacji i szerzenia wiary!

Pewnym „brakiem” i „słabą stroną” tej metody jest to, że jest ona niepozorna i trudno się w niej „wykazać”, trudno się nią poszczycić w „duszpasterskiej sprawozdawczości”, a ten propagandowy, widowiskowy i zupełnie nieewangeliczny element, jest w naszym Kościele – wychowanym po części na wzorach komunistycznych, dość istotny. Wolimy raczej duże i głośne akcje duszpasterskie, w których uczestniczą tłumy. Jest to wymierne i przemawiające do wyobraźni, ale często tylko zewnętrzne i pozorne. Bo trzeba by przede wszystkim zapytać, jaka jest wiara tych tłumów i na ile tłumy te potrafiły zbliżyć się do Chrystusa i spotkać z Nim osobiście?

Powie ktoś: „Jak to? Przecież Jezus wyraźnie dziś każe głosić Ewangelię „w świetle i na dachach”. Czy mamy się wstydzić swej wiary i ukrywać ją po zakrystiach? Czy nie mamy prawa do publicznego jej wyrażania?” Słuszne pytanie i rzetelna racja! Rzeczywiście, wiara nie jest tylko prywatną sprawą pojedynczego człowieka, jak to próbowano nam wmawiać przez kilkadziesiąt lat. Mamy prawo głosić i wyrażać swoje przekonania – wspólnie i wszelkimi dostępnymi środkami współczesnej techniki i społecznego przekazu – w radiu, telewizji, na procesjach ulicami miast. Ale musimy pamiętać o jednym: celem tego musi być budzenie i umacnianie dojrzałej postawy chrześcijańskiej, a nie manifestowanie i mydlenie oczu pozorami. Nic chyba bardziej nie zraża do wiary i Kościoła, jak obłuda i faryzeizm. I nie ma wiekszej sprzeczności, antyświadectwa i dysonansu jak między Kościołem tryumfującym w niedzielę i święta, a życiem wbrew Ewangelii na co dzień!

Ale budowanie takiej wiary i postawy to jest już zadanie nie dla tłumów, bo tłumy są anonimowe, powierzchowne i zmienne, lecz dla konkretnych, pojedynczych ludzi – uczniów Chrystusa, tych, którzy Mu zaufali i za Nim poszli, którzy podjęli osobistą decyzję wiary. Bo tylko oni będą mieli odwagę przyznać się do Chrystusa w każdej sytuacji. I tylko oni bedą potrafili Mu całkowicie zaufać.

Ks. Mariusz Pohl